Nowe narodzenie

Zawsze wierzyłam w Boga (a przynajmniej tak mi się wydawało). Nawet pomimo buntu wobec Kościoła, jaki przeżyłam jako młoda osoba. Trwało to jakiś czas i nazywałam się wtedy tak modnie „wierząca ale niepraktykująca”. Myślałam, że Kościół jest mi niepotrzebny , że samo to, że wierzę i modlę wystarczy. Sądziłam, że kościół, Msza, księża to zbędny dodatek. Było to w czasach, gdzie mówiło się o finansowej rozrzutności księży… Do tego dochodziły głosy feministek, że kobiety nie mają prawa głosu w kościele, że jest on zdominowany i rządzony tylko przez mężczyzn. A przecież kobiety są na równi i też mają prawo decydować, kierować, dyrygować i ustalać priorytety… Wszystko to powodowało, że gdzieś tam we mnie kiełkował bunt i sprzeciw podsycany przez innych, którzy podobnie nie zgadzali się z pewnymi rzeczami. Jasne, każdy z nas mylił się, ale doszłam do tego dopiero po kilku latach…

I oczywiście nic nie usprawiedliwia mojego podejścia… Do kościoła chodziłam coraz mniej i coraz rzadziej spowiadałam się. Byłam taka mądra , myślałam, że to ja mam rację i tak jest najlepiej. Nie widziałam jednak żadnego związku pomiędzy tym a swoim złym samopoczuciem, myślami samobójczymi, bezsennością, ciągłymi kryzysami, poczuciem klęski, przegranej. W środku coś mnie zjadało, jakaś pustka bez końca, nienawidziłam siebie, swojego życia, swojego wyglądu, swoich wyborów. Chodziłam jak we mgle. Czułam ogromną dziurę w sobie, taki brak, którego nic nie dało radę wypełnić. Miałam znajomych, którzy byli w jeszcze większym dole niż ja i nawzajem siebie w nim trzymaliśmy. Wręcz spadałam jeszcze niżej. W końcu mój duchowy robak nie wytrzymał. Załamałam się , a jak wiadomo tonący brzytwy się chwyta i jak trwoga to do Boga…W moje ręce trafiło czasopismo ( na pewno nie przez przypadek) ,,Miłujcie się,, , w którym były najpiękniejsze słowa , które stały się dla mnie furtką ku wolności.

,,Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych,, (Mt 11, 28-30).

Pomyślałam,że wieczorem pomodlę się i użyję tych zdań. Tak też zrobiłam i to co działo się potem mogę nazwać cudem. Nigdy w życiu nie spodziewałam się, że kiedykolwiek tak namacalnie poczuję obecność i miłość Jezusa. Jego nie da się z nikim innym pomylić. Jak przychodzi to wiadomo, że to On. Przeogromna, potężna ale jednocześnie jakże słodka i cudowna miłość. Fale, cały ocean miłości, który wylewa się z brzegów serca. Ba,,, małe ludzkie serce nie jest w stanie pomieścić tej miłości. Jezus tak bardzo nas kocha, tej miłości jest tak wiele, a my niestety tu na ziemi mamy jeszcze za małą pojemność by to przyjąć.

Odżyłam, narodziłam się na nowo. Dostałam nową twarz, nową ,,ja,,. Świeżą, czystą, twarz odrodzonego dziecka Bożego. Jezus wykąpał mnie w Swojej Krwi, obmył mnie, oczyścił z moich grzechów. Zabrał to wszystko co było brudne, skażone, co było diabelskie. Podarował mi kolejną szansą.

On żyje ! JEST ! Kocha. Kocha niesamowicie Ciebie, tak Ciebie, bo jesteś jego synkiem. Ukochanym synkiem i ukochaną córeczką. Przy Nim nie musisz udawać, nie musisz zakładać masek, być lepszym/lepszą od innych, cokolwiek udowadniać. Takiej bezinteresownej Miłości nikt nie jest w stanie podarować.

Do tej pory, gdy o tym myślę i piszę wzruszam się, napływają mi łzy do oczu. Jest to tak niesamowite, wspaniałe, że nie sposób opanować drgań serca.

Jego miłość nigdy nie kończy się, jest nieskończenie ogromna, nieskazitelna i niewyobrażalnie większa od naszej małej ziemskiej..

Niebo istnieje ! Jest i czeka na nas. Jest tam miejsce dla każdego dziecka. Ani oko nie widziało,.. Na tym świecie widzimy wiele pięknych rzeczy, miejsc… Komputer potrafi stworzyć niesamowicie anielskie obrazy. Tam będzie jeszcze lepiej. Nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić… Jak tam jest ? Jeśli tutaj na ziemi człowiek tak bardzo zachwyca się tylko tą namiastką, którą jest w stanie przyjąć. O ile bardziej i więcej będziemy Jego doświadczać po drugiej stronie..

Od tego dnia, od tej chwili mogę śmiało powiedzieć, że nic już nie było takie samo. Spojrzałam na świat i otaczających mnie ludzi innymi oczami.

Oczywiście człowiek nie jest w stanie żyć nieustannie w takiej euforii. Przychodzi czas ,,zejścia na ziemię,,. Podobnie jak z zakochaniem, w końcu motylki odfruwają i przychodzi codzienne, szare życie. Jednak jest już to życie z tą drugą osobą, Bogiem. Jest Ktoś , kto czuwa, opiekuje się, nawet jak nie czujemy tego. Przede wszystkim nie chodzi tutaj o uczucia, ale o wiarę, o świadomość, że mamy Ojca, który dał nam życie, ziemię, który jest naszym duchowym tlenem.

Nigdy nie jesteśmy sami, nawet jak cierpimy, boli nas, ludzie opuścili, zdradzili, z pracy zwolnili lub nie dostaliśmy się na studia… W każdym z tych i we wszelkich innych momentach Jezus jest z nami. Nawet jak wszystko inne przeciwstawia się , blokuje i niszczy. Nawet jak nie wierzymy, krzyczymy, wyzywamy, buntujemy się – On nadal jest. Bóg jest Ojcem, a jak mądry i dobry ojciec czy nauczyciel szkoli i uczy swoje dzieci pomimo bólu i cierpienia. Jesteśmy Jego dziećmi i nie musimy rozumieć Jego lekcji. Może kiedyś zrozumiemy, może kiedyś w pełni przejrzymy na oczy…

W niedalekiej przyszłości miałam jeszcze jedno spotkanie ,,trzeciego stopnia,, o czym piszę w kolejnym poście.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s