Z Kościołem jak z dzieckiem

Myślę, że większość rodziców oczekuje z radością na przyjście swojego dziecka. Kiedy jest jeszcze w łonie matki wyobrażam sobie, że musi to być niesamowite uczucie noszenia pod sercem małego człowieka. Jakim będzie niemowlakiem, jak będzie się rozwijać, kim zostanie jako dorosła osoba? Może jest to czasem trudny czas oczekiwania ale chyba jednak dla wielu rodziców przepełniony radością.

Po narodzinach okazuje się, że wychowanie, wstawanie w nocy, ciągłe zmęczenie nie jest jednak taką idyllą i sielanką. Codzienna praca wymaga od rodziców poświęcenia i dania z siebie jak najwięcej. Dorastające dzieci bywają różne – krnąbrne, uparte, nieposłuszne. Czy to jednak znaczy, że matka czy ojciec mają zostawić swoje dziecko? Czy to znaczy, że przestają je kochać?

Myślę, że podobnie jest z nawróceniem, z pierwszym lub ponownym przyjściem do Boga, do kościoła. Czujemy ogromną miłość do Jezusa i ludzi, jesteśmy przepełnieni radością, chęcią obdarowywania całego świata, dzielenia się z wszystkimi dobrą nowiną.

Z czasem przestajemy ,,być karmieni mlekiem,, a dostajemy ,,stały pokarm,, jak pisze św. Paweł. Dla mnie mniej więcej znaczy to tyle, że Bóg zaczyna traktować nas ,,doroślej,,. Chce nas wynieść na wyższy poziom i zabierając początkową słodycz pokazuje osty, zaczyna pojawiać się oschłość duchowa, pokusy, wątpliwości i wiele innych. Zaczynamy widzieć wady naszego kochanego Kościoła…Pewne rzeczy mogą nam się nie podobać, być sprzeczne z jakimś naszym osobistym światopoglądem, zaczynamy widzieć, że chcielibyśmy robić coś inaczej, po naszemu, ale są pewne zakazy, przykazania i jeśli dalej chcemy iść za Jezusem to przecież nie powinniśmy przeciwstawiać się tym nakazom…

Widzę to w ten sposób, że podobnie jest z wychowywaniem dzieci. Czasem przechodzą one okres buntu i nie są takie jak sobie wyobrażaliśmy. Naszym marzeniem była inna przyszłość dla nich, inaczej widzieliśmy ich szczęście..Dostrzegamy ich wady, słyszymy czasem przykre słowa, martwimy się złymi ocenami czy niedobrym towarzystwem. Czy jednak rodzice opuszczają swoje dziecko? Czy wyrzekają się? Ktoś kto kocha nie zrobi tego. Zostają. Miłość to nie są jakieś sentymenty, idealny obraz ze zdjęcia lub filmów. Jest to wybór, decyzja, uczucia, wszystkiego po trochu.

Tak jak i ja zostaję w Kościele Rzymskokatolickim, nawet jak pewne sytuacje mnie dziwią, są dla mnie niezrozumiałe lub nawet denerwujące. Zostaję nawet jak nie będą mnie lubić lub odwrócą się z powodu mojej wiary. To mój świadomy wybór w szczęściu i oschłościach, w chorobie i w zdrowiu. Zostaję bo to moje miejsce, mój dom, moja wspólnota. Wspólnota różnych ludzi, nieznanych, z różną przeszłością, różnymi doświadczeniami, słabościami, dlatego wspólnota nie idealna. Ale to dom, który wybrał dla mnie Jezus i mam w nim trwać nawet jak będzie ciężko. Tak jak rodzice będą do końca i na zawsze rodzicami, tak ja chcę się zespolić z kościołem. Na zawsze. Z wyboru, z wolnej i nieprzymuszonej decyzji. Będąc świadomą obowiązków i przykazań. Zostaję bo zgadzam się na inność ludzi, którzy tworzą Kościół – każdy jest niepowtarzalny i wyjątkowy w oczach Boga. Jestem świadoma ułomności naszych wyborów, myśli czy decyzji. Wierzę, że kiedyś obleczemy się w doskonałe ciała i dusze. Teraz trwam w takim Kościele, jaki my sami tworzymy. Jesteśmy obarczeni grzechem i dom, który wszyscy razem tworzymy też nie może być wzorowy. Jednak tak jak jestem częścią kościoła, tak jestem częścią rodziny i jeśli nas nie będzie zawsze będzie brakować jakiegoś ogniwa.

Zadaję sobie pytania, czy będę w stanie pójść za Jezusem, za kościołem jeśli przyjdzie do mnie prawdziwy kryzys, prześladowanie? Czy wytrwam do końca, jeśli okaże się, że Bóg będzie chciał mnie wystawić na próbę i pokusy tak jak Hioba? Nie sztuką jest trwać gdy płyniemy po gładkiej tafli morza, świeci słońce a wszystkie marzenia spełniają się. To co jest naprawdę w sercu zaczyna ujawniać się, gdy pojawia się jakaś rysa, coś co stanęło w opozycji z bajecznym wizerunkiem naszego życia.

Na razie trwam, ciesząc się, że Bóg mnie ,,odnalazł,, a ja chciałam przyjść. I wciąż poszukując swojej osobistej misji, śladu jaki mam pozostawić na wieczność. trwam na dobre i na złe, na krytykę i pochwałę, na szczęście i pokusę. Tak jak w małżeństwie – w chorobie i w zdrowiu. W radości i smutku. Małżonkowi nie ślubuję na ,,próbę,, na jakiś czas, ale do śmierci.

Chciałabym mocno trwać też w kościele. Czy się uda? Życie zweryfikuje moje postanowienia…

,,Jako więc wybrańcy Boży – święci i umiłowani – obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy! Na to zaś wszystko [przyobleczcie] miłość, która jest więzią doskonałości. A sercami waszymi niech rządzi pokój Chrystusowy, do którego też zostaliście wezwani w jednym Ciele. I bądźcie wdzięczni. Słowo Chrystusa niech w was przebywa z [całym swym] bogactwem: z wszelką mądrością nauczajcie i napominajcie samych siebie przez psalmy, hymny, pieśni pełne ducha, pod wpływem łaski śpiewając Bogu w waszych sercach. I wszystko, cokolwiek działacie słowem lub czynem, wszystko [czyńcie] w imię Pana Jezusa, dziękując Bogu Ojcu przez Niego. ,, (Kol 3, 13-18)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s